[ Pobierz całość w formacie PDF ]

się nie wydarzyło. Eric szarpnął się i usiłował odskoczyć
od baru, ale Bob odbezpieczył dziewiątkę i strzelił,
trafiając w miejsce u nasady szyi Erica. Wystrzał zabrzmiał
tak, jakby ze ściany domu spadł aluminiowy kawałek
sidingu. Nadia krzyknęła. Niezbyt przeciągle, ale
przerazliwie. Eric narobił hałasu, spadając ze stołka. Kiedy
Bob wyszedł zza baru, Eric odchodził, jeśli już całkiem nie
odszedł. Wentylator pod sufitem rzucał mu na twarz
cienkie pasma cienia. Jego policzki wydymały się, jakby
usiłował jednocześnie złapać oddech i kogoś pocałować.
 Przepraszam, ale ty, wy młodzi&  powiedział Bob.
 Wiesz? Nie macie dobrych manier. Wychodzicie z domu
w takich ciuchach, jakbyście nadal siedzieli przez
telewizorem. Mówicie okropne rzeczy o kobietach.
Krzywdzicie bezbronne psy. Mam cię dość, człowieku.
Eric spojrzał na niego. Skrzywił się, jakby dokuczała
mu zgaga. Jakby był wkurwiony. Sfrustrowany. Ten wyraz
utrwalił się na jego twarzy, jakby w nią wrósł, a potem
nagle Eric zniknął ze swojego ciała. Nagle przestał istnieć.
I zaczął być trupem.
Bob zaciągnął go do zamrażarki.
Wrócił, pchając przed sobą kubeł z mopem. Nadia
nadal siedziała przy barze. Usta miała trochę szerzej
otwarte niż zwykle i nie mogła oderwać spojrzenia od krwi
na podłodze, ale poza tym wyglądała zupełnie normalnie.
 Ciągle by wracał  powiedział Bob.  Gdy ktoś ci raz
coÅ› zabierze, a ty mu na to pozwolisz, to wiesz co? Nie jest
wdzięczny, tylko zaczyna uważać, że jesteś mu winny coś
więcej.  Zanurzył mopa w wodzie, wyżął go lekko i wytarł
największą kałużę krwi.  Bez sensu, prawda? Ale tak
właśnie się czują. Uprawnieni. I nie sposób im tego wybić z
głowy.
 Ale& ale ty go zabiłeś. Ty go& no kurczę.
Bob okrężnym ruchem zgarnął kałużę.
 Bił mojego psa.
16
Ostatnie połączenie
Marv siedział na ulicy w swoim samochodzie,
zaparkowanym pod zepsutą latarnią, pod którą nikt go nie
dostrzegał, i patrzył, jak samotna dziewczyna wyłania się z
baru i idzie ulicÄ….
To kompletnie nie miało sensu. Deeds powinien już
wyjść. Powinien wyjść dziesięć minut temu. Marv
zauważył ruch przy oknie z reklamą pabsta. Reklama
zgasła. Ale na chwilę przedtem dostrzegł czubek czyjejś
głowy.
Bob. Tylko Bob był tak wysoki, żeby sięgnąć głową
nad tę reklamę. Eric Deeds musiałby skoczyć z rozpędu,
żeby dosięgnąć łańcuszka wyłącznika. Ale Bob& Bob był
duży. Duży, wysoki i o wiele, o wiele bardziej rozumny,
niż się wydawał. I był też, szlag by to trafił, dokładnie
takim facetem, który wsadziłby swój pobożny nos w nie
swoją sprawę i wszystko spieprzył.
Ale coś ty zrobił, Bob? Chcesz mnie wydymać?
Chcesz mi spaprać robotę?
Marv spojrzał na bagaż na siedzeniu obok, bilety na
samolot, wystające z kieszeni jak środkowy palec. Uznał,
że byłoby mądrze pojechać na zaplecze baru, wejść przez
tylne drzwi i sprawdzić, co jest grane. Ale już wiedział, co
jest grane  Eric dał ciała. Dziesięć minut temu w chwili
desperacji Marv zadzwonił nawet na jego komórkę, a Eric
nie odebrał.
No bo jak miał odebrać, skoro był martwy.
Dlaczego zaraz martwy, zaprzeczył sam sobie Marv.
Przecież już tacy nie jesteśmy.
Może ty. Ale Bob&
Pieprzyć to. Pojedzie na zaplecze i sprawdzi, co jest,
kurwa, grane.
Włączył silnik i już miał ruszyć, kiedy minął go czarny
suburban Chovki z białą furgonetką, siedzącą mu na
ogonie. Marv zaciągnął hamulec i zsunął się w dół na
siedzeniu. Patrzył, ledwie wyglądając ponad deskę
rozdzielczÄ…, jak Chovka, Anwar i paru innych wysiadajÄ… z
samochodów. Wszyscy z wyjątkiem Chovki nieśli
materiałowe torby na kółkach. Nawet z tej odległości Marv
widział, że są puste. Ludzie Chovki kołysali nimi, idąc do
baru. Anwar zapukał i stali, czekając, a oddech ulatywał z
ich ust białymi chmurkami. Drzwi się otworzyły i Chovka
wszedł pierwszy. Reszta podążyła za nim.
Kurwa, pomyślał Marv. Kurwa, kurwa, kurwa.
Spojrzał na bilety lotnicze  co mu z tego, że pojutrze
wyląduje w Bangkoku, skoro nie będzie miał grosza przy
duszy. Plan polegał na tym, że wyjedzie stąd, mając dość
pieniędzy, żeby opłacić łapówki aż do granicy z
Kambodżą, gdzie, jak sądził, nikt już nie będzie go szukać.
Nie miał pojęcia, dlaczego właściwie uznał, że nikt go tam
nie znajdzie  po prostu gdyby on szukał siebie, Kambodża
byłaby przedostatnim miejscem, które przyszłoby mu do
głowy. Ostatnim byłaby Finlandia, ewentualnie
Mandżuria, jakiś kraj, w którym jest bardzo zimno, i może
to byłaby najlepsza decyzja, najmądrzejszy ruch. Ale Marv
miał na koncie tyle zim w Nowej Anglii, że prawe nozdrze
i lewe jajo miał prawdopodobnie nieodwracalnie [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • policzgwiazdy.htw.pl

  • ers Glenda Trzecia nad ranem
  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • shutter.opx.pl